piątek, 14 lipca 2017

Ulubieńcy miesiąca #2 - CZERWIEC

    Witajcie, drodzy czytelnicy! Mam nadzieję, że mimo brzydkiej pogody czas upływa Wam dość ciekawie i miło. Jak pewnie zauważyliście - ostatnio na blogu znowu świeci pustkami za sprawą zewnętrznych i wewnętrznych problemów, o których dowiecie się po wakacjach. Nie chciałabym zawracać Wam głowy szkołą, kiedy powinniśmy cieszyć się odpoczynkiem.

    Obiecałam Wam jakieś 2-3 miesiące temu, że na blogu pojawiać się będą posty dotyczące moich miesięcznych ulubieńców. W maju niestety post się nie pojawił. Ten czerwcowy (wiem, szybka jestem) postanowiłam dodać teraz, póki jeszcze nie robię podsumowania lipca. Nie chciałam pomijać czerwca, gdyż był to jeden z ciekawszych miesięcy (w porównaniu z majem). Jeśli macie ochotę poznać moich 5-ciu ulubieńców - zapraszam do czytania!


MUZYKA
    Odkąd używam Spotify (moja ulubiona aplikacja), poznałam masę wykonawców, zespołów oraz samych piosenek, o których wcześniej nie miałam pojęcia. Dzięki niej kształtuję swój gust muzyczny, gdyż sama sugeruje mi, czego powinnam posłuchać. Właśnie w ten sposób odkryłam Poppy - słodką, a zarazem  kontrowersyjną piosenkarkę i youtuberkę. Skąd kontrowersje? Otóż sporo osób uważa, że jest ona członkinią sekty Illuminati. W jej teledyskach zauważamy przede wszystkim znany nam trójkąt symbolizujący tę sektę. Natomiast słuchając jej piosenek od tyły możemy się doszukiwać podtekstów związanych z szatanem. Ile w tym prawdy? Ciężko stwierdzić. Niektórzy uważają, że Poppy w piosenkach porusza problemy dzisiejszego świata - ukazuje w jaki sposób media nami manipulują, co ludzie są w stanie zrobić dla sławy i ile tak naprawdę to wszystko jest warte. Jeśli mam być szczera - nie gustuję w takiej muzyce i od popu trzymam się raczej z daleka. Jednakże piosenka Poppy - Lowlife, zawładnęła moim umysłem, przez co do tej pory często jej słucham. I rozumiem, że to właśnie ma tak działać - manipulować naszym umysłem. Jednak dopóki nie wyrządzi mi to żadnej szkody - pewnie będę tego nadal słuchać.

KSIĄŻKA
    Książek w tym miesiącu przeczytałam więcej, niż zazwyczaj mi się to zdarzało. Być może dlatego, że kończyła się szkoła i mogłam pozwolić sobie na więcej czasu dla siebie. Wiem, że pisałam o tym już wcześniej, jednak się powtórzę - moimi ulubionymi książkami są te młodzieżowe, w których porusza się ponadczasowe problemy. Jednak od dłuższego czasu słyszałam dużo pozytywnych opinii na temat książki Ransoma Riggsa pt. "Osobliwy dom pani Peregrine" i kiedy była wyprzedaż w Empiku, postanowiłam ją kupić. Zacznę od tego, że okładka jest fantastyczna - tak bardzo mi się podoba, że gdybym mogła wyjść za książkę - to tylko za nią! Zauważyłam, że niektórym się nie podoba, ale dla mnie jest naprawdę wyjątkowa. Jest to według mnie książka, która łączy w sobie fantasy, przygodę i thriller (oczywiście skierowana głownie do młodzieży). Dziwię się, że sięgnęłam akurat po nią, ale już od pierwszej strony zaczęła mnie bardzo wciągać. Ciężko było się chociaż na chwilę od niej oderwać. Żeby za dużo nie zdradzać, opowiada ona historię Jacoba - nastolatka, który po tragicznej śmierci dziadka (z którym był mocno zżyty) postanawia ruszyć w podróż do miejsca, o którym od dziecka mu opowiadał. I choć z czasem przestał w nie wierzyć, wszystkie opowieści dziadka okazują się prawdą. Jacob udaje się do tytułowego sierocińca, w którym mieszkają osobliwe dzieci i postanawia odkryć przyczynę śmierci dziadka. W trakcie całej przygody zawiera nowe znajomości, doznaje pierwszej miłości oraz zaczyna rozumieć, że w swoim prawdziwym życiu nigdy dotąd nie był szczęśliwy. Czeka go masa wyborów, o których możecie dowiedzieć się, czytając książkę.

FILM
    Ostatnio doszłam do wniosku, że jeśli naprawdę chcę się nauczyć języka angielskiego - muszę nim przesiąknąć. Niemożliwe jest, abym wyjechała sobie teraz do Stanów Zjednoczonych, bądź Wlk. Brytanii, dlatego postanowiłam, że zmienię kilka rzeczy w swoim tutejszym życiu. W ten właśnie sposób zaczęłam oglądać filmy po angielsku. Początkowo wydawało mi się to trochę ekstremalne, jednak szybko zauważyłam, że nie jest tak strasznie. Próbuję wybierać filmy, które widziałam już wcześniej w polskiej wersji językowej. Tak trafiłam na film Phyllidy Lloyd pt.: "Mamma Mia!" z Amandą Seyfried w roli głównej (tak na marginesie - uwielbiam ją). To, że film mi się spodobał, nie powinno nikogo dziwić - jest tam mnóstwo piosenek Abby, które uwielbiam - m. in. Lay all your love on me czy Our last summer. Sam film opowiada historię młodej Sophie, która bierze ślub i chciałaby na tą uroczystość zaprosić także swojego ojca (którego nie zna). Pewnego razu znajduje pamiętnik swojej mamy, w którym odkrywa trzech potencjalnych kandydatów na ojca. Postanawia zaprosić wszystkich, co niekoniecznie podoba się jej matce. Wkrótce cała prawda wychodzi jednak na jaw. Link, do pełnej wersji filmu tutaj - klik.

KOSMETYK
    W czerwcu używałam stosunkowo mało kosmetyków, ponieważ przez jakiś czas było dość mocne słońce i musiałam smarować twarz kremem z filtrem, aby się nie spalić pierwszego dnia (cudna, jasna karnacja). Jednak gdy mogłam zrobić sobie jakiś lżejszy makijaż, zaczęłam używać hipoalergicznego cienia do powiek w kredce od Bell w kolorze pastelowego różu. Wcześniej nie gustowałam w tego tupu cieniach, jednak dostałam go od babci, która niestety pomyliła go z pomadką. Jednak od kiedy go używam, stwierdzam, że jest to bardzo fajny produkt. Poza ładnym kolorem, przypomina mi trochę rozświetlacz, ponieważ się naprawdę ładnie błyszczy (zwłaszcza pod słońce). Dodatkowo zajmuje dość mało miejsca w kosmetyczce i się nie rozsypuje. Mam zamiar dokupić jeszcze inne odcienie z tej serii.

DODATKOWO...
    W czerwcu zaimponował mi peelingujący żel do mycia twarzy przeciw wągrom z firmy Clean&Clear. Wcześniej używałam wielu żelów, które niestety w praktyce nie spisywały się za dobrze. Zazwyczaj kończyło się na wysuszonej skórze twarzy. Na ten żel trafiłam przy okazji promocji 2+2 w Rossmannie. I szczerze mówiąc, zachwycił mnie. Czy to odpowiedni specyfik na wągry - hmmm, raczej wątpię. Jednak zauważyłam, że skóra jest po nim naprawdę maksymalnie oczyszczona i dodatkowo nieco rozjaśniona, co dla osoby, która lubi mieć cały rok jasną cerę jest wprost idealne. Nie wysusza mojej skóry, z czego jestem bardzo szczęśliwa. Poza tym używanie go jest naprawdę miłym uczuciem. I choć opinie są różne - ja kupię go pewnie jeszcze nie raz.

    Okay, kochani. Mam nadzieję, że post Wam się spodobał i zerkniecie na kolejne z tej serii (obiecuję, że tym razem będą). Możecie chwalić się swoimi ulubieńcami, np. zostawiając link do postów na Waszych blogach w komentarzu. Napiszcie mi także, czy słyszeliście już wcześniej o Poppy i co o niej tak naprawdę sądzicie. Jestem ciekawa Waszych opinii.

PS. Wpadajcie także na snapchata @blogsforu, który prowadzi kilka fajnych i ciekawych dziewczyn. Mnie możecie oglądać w piątki, ale uwierzcie mi - nie pożałujecie żadnego dnia z nami!

Do zobaczenia wkrótce.
Egzaltowana

8 komentarzy:

  1. Super post 😍 pozdrawiam i zapraszam do mnie 😊
    http://blogspecjalniedlaciebie.blogspot.com/2017/?m=1

    OdpowiedzUsuń
  2. Słuchałam epki Poppy i było to jedno z najgorszych wydawnictw, jakie wpadły mi w ucho w ostatnim czasie. Nie rozumiem tej dziewczyny.
    Zapraszam do mnie. Prowadzę bloga o muzyce.
    http://the-rockferry.blog.onet.pl/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktem jest, że niełatwo zrozumieć, o co jej tak naprawdę chodzi :)

      Usuń
  3. Oj ta ksiązka jest super, czytałam ją z dwa lata temu haha:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się skusiłam dopiero niedawno, ze względu na szał wokół filmu, który szczerze mówiąc wyszedł słabo ^^

      Usuń
  4. Mamma mia to mój absolutny ulubieniec! Też oglądam filmy po angielsku ;)
    Może zaczne słuchac tej Poppy, lubię taką symbolikę
    Obs za obs?
    Kom za kom?
    Ja zaczynam bo twój blog bardxi mi się podoba
    chwilapochwili.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, miło mi to słyszeć ^^ Chętnie zobaczę Twój blog

      Usuń